Wszystkie zdjęcia, które publikuję na blogu, są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich kopiowanie i rozpowszechnianie.

wtorek, 18 marca 2014

Jak to z tym moim uziemieniem...

Tak, jestem uziemiona, teraz to już tak na poważnie.

Prosta droga, bez górek, bez dołków, śliska tylko. Pokryta lodem, na to warstwa śniegu i znów lód. Zwykle uważam. Wmawiałam sobie zwykle, że posiadam tajemniczą umiejętność chodzenia po lodzie. Jeśli kiedykolwiek zdarzyło mi się poślizgnąć, zwykle udawało mi się złapać równowagę. Tak, to była super moc utrzymywania się na niepewnym terenie. Dosłownie i w przenośni, ale o tym, jak to w przenośni, to innym razem.


Wracając do tej śliskiej nawierzchni. W tamtej chwili moje moce mnie opuściły. Przestałam uważać. I bum! Runęłam jak długa. Oj, bolało. Bolał nadgarstek, bolała pupa, chyba też plecy, tu w okolicach łopatki. Próbowałam się podnieść. I tu znów dopadła mnie ta straszna niemoc, znów upadłam. Teraz bolało bardziej. Starzeję się, tak, to starość mnie dopada, pomyślałam.

W takiej  pozycji siedzącej pewno spędziłam kilkanaście sekund. Wydawało mi się wówczas, że minęła co najmniej godzina. W głowie pustka. Prawie pustka. Dudniło mi tylko tyle, że boli i że jestem stara, że upadłam, jak osiemdziesięcioletnia babcia.

Trzeba było się podnieść. I tu problem. Okazało się, że bardzo, ale to bardzo boli mnie prawa noga, w kostce. Jeszcze bardziej bolała, kiedy próbowałam na niej stanąć. Spuchła. Bolało coraz bardziej. Padła decyzja o konsultacji lekarskiej. Rozpoznanie: złamanie kostki bocznej prawej z rozejściem więzozrostu. Zastosowane leczenie: osteosynteza płytką z 5 śrubami. Tłumacząc z polskiego na nasze, mam w mojej kostce płytkę, jak na moje oko taką 10 x 2 cm, a do tego 5 śrub. Mam to już 6 tygodni.



2 i pół tygodnia w szynie, potem kolejne 3 w stabilizatorze, ogólnie cały czas o kulach, bez możliwości następowania na tę stopę. A z racji tego, że takie chodzenie nie należy do lekkich, do tego osłabienie po operacji, antybiotykach, zastrzykach... Podsumowując: złamana noga = złamane życie stadne.
Dziś jest już 44 dzień od momentu złamania, 41 dzień od operacji. W ciągu tego czasu może ze 4 razy byłam na jakiś zakupach, odwiedzano mnie średnio 2 razy w ciągu tygodnia, w łóżku spędzam średnio 22 godziny na dobę. Przez pierwsze dwa tygodnie byłam całkowicie zależna od łaski i niełaski drugiej osoby. Podaj, przynieś, przekręć, przykryj, pomóż się ubrać... dobijało mnie to ubezwłasnowolnienie. Kiedy zaczynało być coraz lepiej, wtedy doskwierała mi samotność i zamkniecie w 4 ścianach. Chciałam do ludzi, na zakupy, pooglądać, poprzymierzać, pójść wreszcie do fryzjera. Poszłam. W między czasie przyplątało się przeziębienie i stan zapalny w mojej gojącej się kostce.

Więc teraz uziemiona jestem już tak na poważnie. Nie mogę dopuścić do choroby. Muszę unikać ludzi nawet lekko zakatarzonych. Czyli teraz to już na prawdę żegnajcie zakupy, obowiązki domowe, które można wykonać w pozycji siedzącej, żegnajcie te planowane wycieczki, nieobciążające mojej nogi. Teraz muszę chuchać i dmuchać na siebie, dopóki się wszystko na tip-top nie wygoi.

Takie leżenie  ma swoje plusy, ale tylko przez pierwsze 2 tygodnie, zakładając, że nie boli. Potem leżenie zaczyna doskwierać. Człowiek wpada w taki tryb "nic mi się nie chce". No bo po co myć włosy, po co się malować, czy zmienić koszulkę, przecież ta setna już na niej plama nie jest jakimś wielkim problemem. Nie mówię tu o jakimś totalnym obrośnięciu brudem, ale po prostu pewne rzeczy odchodzą na plan dalszy.

To tyle gwoli wstępu odnośnie mojego uziemienia i jego negatywnej stronie. Żeby nie zwariować, szukam pozytywnych stron. Nadrobiłam zaległości lekturowe, you tubowe, makijażowe i pielęgnacyjne, fryzurowe... Czyli krótko, miałam możliwość skupić się wyłącznie na sobie. Nowe sytuacje nasuwają nowe spostrzeżenia, ale o nich stopniowo... Tymczasem, to tyle.