Wszystkie zdjęcia, które publikuję na blogu, są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich kopiowanie i rozpowszechnianie.

poniedziałek, 5 maja 2014

Cierpliwości, wytrwałości i pozytywnego nastawienia

Cierpliwości, wytrwałości i pozytywnego nastawienia... nigdy za wiele...

A jak to zrobić? Da się tak? Ostatnio tylko siedzę i płaczę. Zaczęło się od rehabilitacji, którą rozpoczęłam pełna nadziei... Wreszcie postawią mnie na obie nogi i będę swobodnie chodzić, a przynajmniej prawie swobodnie. No i co mi z tego przyszło?
Okazało się, że za szybko chciałam dojść do pełnej sprawności. Po 4 dniu rehabilitacji noga bolała mnie ogromnie. W dzień i w nocy, najmocniej w nocy. Budziłam się do godzinę, czasem co dwie. Na początku jakoś dało się to znosić z lekami przeciwbólowymi. Z czasem zaczęłam sięgać po te najsilniejsze. Szczególnie na noc. Żeby móc chociaż trochę dłużej pospać. Bolało, ciągnęło, drętwiało. Czasami ból się zmniejszał, ale nadal trwał.

Dobiło mnie to. Nie miałam nigdy zwyczaju rozczulania się nad sobą. Zawsze starałam się szukać jakichś pozytywów i tłumaczyłam sobie, że nic nie dzieje się bez przyczyny i Pan Bóg zsyła nam jedynie takie krzyże, które jesteśmy w stanie udźwignąć.

Poddałam się, ale nie do końca... Dużo płakałam. Nadal płaczę. Mimo, że już nie boli. Płaczę, bo gdy już zaczęło się w miarę dziać z moją nogą, to przyplątał się stan zapalny, jako efekt przeciążenia podczas rehabilitacji. Pojechałam na kontrolną wizytę ze świadomością, że znów spotka mnie ból, bo będzie ściągana ropa z okolic szwów. Nie spodziewałam się aż takiego bólu. Trzeba było naciąć. Został wówczas poprany materiał do badania.

I znów antybiotyki. Znów pod górkę, znów problemy... Potem dopadło jeszcze zapalenie krtani i katar... Komplet.

Tkwię w przygnębiającej sytuacji. Rozczulam się nad sobą bardzo. Moim ulubionym tematem do rozmów są choroby. Nie, może nie tyle ulubionym, ale ostatnio bardzo częstym. Zaczęłam narzekać i słuchać narzekań i użalać się z narzekającymi... To jest niepodobne do mnie, szybkiej, raczej konkretnej babki, która zazwyczaj negowała pesymizm, narzucając radosne podejście do życia. Zwykle krzyczałam, oczywiście w sposób pozytywny, na osoby, z których wylewał się żal i smutek. Kazałam to olać wszystko i wierzyć, że będzie lepiej, robić wszystko, aby było lepiej.

A teraz co? Leżę i płaczę. Wyglądam przez okno i widzę chodzących normalnie, niektórzy nawet biegają, inni spacerują, jeszcze inni jeżdżą na rowerze. Ja też bym chciała.
Włączam muzykę, nastawiam najwyższą głośność. Siadam na kanapie. Subwoofer mam przy kanapie. Oddaje dźwięki. Uwielbiam tak się relaksować. Moje głupie myśli zostają ograniczone dźwiękiem, który odbieram całą sobą, uszami, oczami i ciałem. Jest mi trochę lepiej. Ile jeszcze? W sumie, to zawsze mogłoby być gorzej, mogłabym złamać drugą nogę. Więc nie jestem w najgorszej sytuacji. Na pewno w najbardziej beznadziejnej w moim dotychczasowym życiu. Ale nie do nieprzeżycia.

Idę umyć włosy i się umalować. Muszę też zmyć resztki mojego starego lakieru z paznokci i jakoś je odświeżyć. Narazie będą jednokolorowe błyszczące. Może w kolorze nieba....... taki lazur... To proszę bardzo.