Wszystkie zdjęcia, które publikuję na blogu, są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich kopiowanie i rozpowszechnianie.

czwartek, 22 maja 2014

Kawa, kawka, kawusia... mmm...


Uwielbiam kawę. To jest moja wielka kulinarna miłość. Mój zmysł smaku uwielbia upajać się jej aromatem. Kawa nie działa na mnie w żaden sposób pobudzająco, piję ją jedynie ze względów smakowych.


Nie lubię kaw rozpuszczalnych. Uważam, że taki napój nie powinien w ogóle być nazywany kawą. 
Kawa jest tylko jedna, prawdziwa, ziarnista, najlepiej świeżo zmielona przed zaparzaniem... i koniecznie bez cukru.

Najbardziej lubię kawę zaparzaną w kafeterce, inaczej nazywanej kawiarką, kafetierką, kofeterką...



Moja jest już dość mocno sfatygowana, ale to tylko dlatego, że często ją używam, czasem kilka razy dziennie. Tak, przyznaję się, piję kawę dość często, czasem nawet do 4 dziennie. Piję, jak potrzebuję chwili dla siebie. Uwielbiam ten goryczkowy smak. Czasem lubię  go nieco złagodzić i dodaję mleka, zwykłego, takiego, które aktualnie posiadam, mleka krowiego lub koziego, niekiedy podgrzanego i spienionego, częściej zimnego, prosto z butelki. Wtedy w mojej kawie dają się wyczuć nuty słodkawo-orzechowe. W mojej kawowej kolekcji raczej króluje kawa w ziarnach, ta, nazwijmy to, z lepszej półki cenowej. Jeśli już zdecyduję się na kawę zmieloną, to tylko Lavazza. Inne wydają mi się kwaśne, w niektórych wyczuwa się smak duszącego dymu.


Kawka najlepiej smakuje z czymś dobrym i słodkim. Domowej roboty dżem śliwkowy albo powidła śliwkowe... i drugie śniadanie wprost wymarzone... 


Czasem jednak mam ochotę na kawę gotowaną. Działa rozgrzewająco, uspokajająco, świetnie smakuje bez mleka. Odmierzam półtora porcji wody i stawiam ją na kuchence, żeby się zagotowała. Kiedy woda zacznie bulgotać, gaz zmniejszam do minimum, żeby woda się uspokoiła i wsypuję powoli i ostrożnie kawę, tyle, ile zwykle wsypuję na jedna porcję. Przykrywam rondelek i gotuję kawę na wolnym ogniu przez jakiś czas. Po kilku minutach wyłączam gaz i wlewam odrobinę zimnej wody, żeby fusy osiadły na dno rondelka. Tak przygotowaną kawę zlewam ostrożnie do kubka lub filiżanki, żeby fusy zostawić na dnie rondelka. 


Taka kawę w małych ilościach można podawać dzieciom, takim powiedzmy po 10 roku życia. Świetnie się sprawdza po zimnym, wietrznym i deszczowym dniu albo zawsze wtedy, kiedy potrzeba odrobiny wytchnienia.

Moja kawka to mój czas dla samej siebie. Piję, zagryzam lub nie i delektuję się każdym jej łykiem, najmniejszym aromatem mojego małego świata:)