Wszystkie zdjęcia, które publikuję na blogu, są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich kopiowanie i rozpowszechnianie.

niedziela, 15 czerwca 2014

10 dni offline


Ostatnie 10 dni spędziłam poza wszelkim zgiełkiem, mediami, krzyczącym i reklamującym łatwiznę i fałsz telewizorem... Byłam na wsi. Całkiem niedaleko domu, bo zaledwie 15 minut jazdy samochodem, ok. 11 km, ale jednak miejsce zupełnie inne od okolic mojego domu...





Nie ma tam telewizora, jest tylko radio. Zasięg internetu też nie powala. Wystarczy, żeby sprawdzić maila, wrzucić zdjęcie na Instagram, czy poczytać KWC. Udało mi się także zamówić kilka rzeczy w aptece DOZ. Wszystko za pośrednictwem smartfona, więc z ograniczeniami. Najbliższy sklep był oddalony zaledwie o ok. 150 m. Można by powiedzieć, że luksus, a nie jakieś odludzie. A jednak cały tam spędzony czas był jakby podróżą w odległe krańce naszego pięknego kraju. 

Czas spędzony na tych moich "wakacjach" uatrakcyjniało słońce. Dopisała pogoda iście wakacyjna, nic tylko leżeć plackiem, co mnie zwykle nudziło i denerwowało. Ale tym razem było inaczej, jakoś wyjątkowo. To był taki mój czas rekonwalescencji po tych wszystkich lekach i zastrzykach. Kuternoga wygrzewała się na słoneczku, a na masowanym brzuchu powoli zanikały siniaki i zgrubienia od ukłuć igłami...
Moje rano zaczynało się zwykle dość leniwie i późno, bo ok. godziny 10. Bez pośpiechu. Każde śniadanie było niczym jakaś uroczystość. Zwykle twarożek i obowiązkowa kawa z mlekiem, zaparzona w mojej ukochanej i wysłużonej kofeterce. A co najważniejsze i najpiękniejsze, śniadania odbywały się na podwórku... bez pośpiechu i mogły trwać i trwać...



Na powietrzu smakuje zupełnie inaczej. Zwykły posiłek nabiera szlachetności i wyjątkowości. Można bez zbędnego ograniczenia delektować się każdym najmniejszym kęsem. A czerwony obrus w białe kropki ma w sobie tyle wdzięku, że aż chce się spędzać czas przy stole.



Dodatkową zaletą mojego przebywania na tym jakże luksusowym odludziu jest możliwość grillowania. Zwykły obiad już nie jest taki zwykły. Przyrządzony i skonsumowany na powietrzu, lepiej się trawi. A kiedy można wyczynami grillowymi cieszyć się ze znajomymi, wówczas dopuszczalne jest umieranie z przejedzenia.



Grill mobilizuje do poszukiwań nowych smaków, szczególnie, gdy goszczeni mają być wyjątkowi ludzie. I tak odkryty został przepis na sałatkę Colesław z młodej kapusty, która oczarowała wszystkich, powtarzana była przeze mnie wielokrotnie i rozpowszechniana wszędzie, gdzie się da.


Pobyt na wsi nie był dla mnie tylko związany z maksymalnym lenistwem i grillowym szaleństwem. To był czas dla mnie, więc starałam się wykorzystywać go jak najlepiej. Skupiałam się na sobie i na własnym rozwoju wewnętrznym. Okazało się, że z okna mojej kuchni witał mnie codziennie inny widok.


Chmury, niebo... Mogę patrzeć w górę nieustannie i fotografować każdą zmianę układu chmur. Może to zabrzmi dość banalnie, ale patrzenie w niebo uskrzydlało moją wrażliwą stronę. Łapałam się często na tym, że wpatrując się w przestrzeń ponad głową, obserwując tę oszałamiająca i niepowtarzalną paletę barw, "odpływałam", wyłączałam się i nie myślałam absolutnie o niczym. A kiedy się już ocknęłam, kiedy wróciłam na ziemię, chwytałam za aparat i robiłam mnóstwo zdjęć, mniej lub bardziej udanych. Byleby tylko udało się uchwycić to, co widziałam w rzeczywistości. Nie mam specjalnie dobrego sprzętu, dlatego bardzo często kasowałam robione zdjęcia, bo nie oddawały piękna obrazu, który rzeczywiście malował się przed moimi oczami.







 



Wschód słońca, zachód, słońce w środku dnia... najważniejszy był układ chmur, które bardzo często zachwycały. Obok naszego domu, jest kościół, zabytkowy. Kręciło się zwykle wokół niego sporo przejeżdżających obok ludzi. Robili zdjęcia. A ja, mój uroczy kościółek miałam na co dzień. Nie mogłam jednak oprzeć się potrzebie sfotografowania kościoła w chmurach...




Koniec pobytu nie ubłagalnie się zbliżał. Czas totalnego oderwania się od rzeczywistości musiał się zakończyć, ale niekoniecznie na długo... Wtórowała mi pogoda, która im bliżej naszego odjazdu, tym bardziej się psuła. Padało. Jak tu nie złapać aparatu i nie uwiecznisz kropel od deszczu na szybie...

Nasze wakacje na działce przyczyniły się bardzo po poprawy relacji międzyosobowych w mojej rodzinie. Zrelaksowaliśmy się wszyscy. Często z mężem urządzaliśmy sobie wspólne kolacje. I rozmawialiśmy, poznając się jakby na nowo, przegadując wiele dotychczasowych niejasności i zgrzytów. 10 dni offline załagodziły blizny po złamaniu, ale przede wszystkim stały się idealną maścią na blizny, ranki i zdrapania w moim małżeństwie.


10 dni minęło bardzo szybko. Opaliłam się, brzuch nieco się zregenerował, noga zrelaksowała, blizna po szwie złagodniała, a co najważniejsze nabyłam więcej radości i spokoju wewnętrznych. Mam w głowie wiele nowych pomysłów i planów, które będę tu wizualizowała. Na pewno jeszcze wyjedziemy na wieś, do tego domku pod chmurami...