Wszystkie zdjęcia, które publikuję na blogu, są mojego autorstwa. Nie zgadzam się na ich kopiowanie i rozpowszechnianie.

środa, 12 października 2016

Dawno mnie tutaj nie było, a teraz jestem w liczbie mnogiej

Bardzo dawno już nic nie pisałam. Dużo się działo i czasu nie było. Ale tęskniłam do uzewnętrznienia się. O czym dziś będzie? O tym, co u mnie i o tym, co mnie dręczy...



Niby wszystko fajnie się układała. Jest praca, jest przyzwoita kasa, w domu raczej spokój, bez większych szaleństw, poskładałam się do kupy na tyle, że zajęłam się swoimi sprawami, stąd właśnie blog. Czegóż chcieć więcej... Jak się dobrze wszystko układa, to trzeba sobie wymyślić coś, co będzie frapowało głowę. Od jakiegoś czasu mnie to już męczyło.

Czas upływał, a we mnie mieszane uczucia. Pojawiło się pragnienie powiększenia rodziny. Pragnienie przerodziło się w czyn i na tym koniec. Kolejne próby kończyły się niepowodzeniem. Dlaczego tak jest, że jeśli ktoś ma jakieś większe ambicje, jest poukładany emocjonalnie, prywatnie i zawodowo (jakkolwiek to można rozumieć), to nie może mieć wszystkiego...  Czas leciał, nade mną wisiała perspektywa powiększającej się różnicy wieku między moją pierworodną, a tym kolejnym, o które toczy się właśnie staranie. Z jednej strony było dobrze, jak było, bez ciśnienia, jak będzie to będzie, a jak narazie nie ma, to nic się złego nie dzieje, nie mam 40 lat. Z drugiej strony przerażała mnie ta różnica wieku, huczał mi w uszach strach przed brakiem kontaktu między moimi dziećmi, skoro ta różnica jest taka duża.... Do tego doszły wątpliwości, czy nadaje się do posiadania dwojga dzieci...

W końcu przyszedł ten czas, kiedy mogłam zadać sobie pytanie, czy oby to nie ciąża. Zwykle miałam problem z nieregularnymi okresami, a ostatnio nawet postarałam się o to, żeby nie zajmować się takimi pierdołami, jak spóźniający się okres i zakup z duszą na ramieniu testu ciążowego. Odpuściłam. Jak ma być, to będzie. Tym razem uległam, zrobiłam test w tajemnicy przed wszystkimi. Nie spodziewałam się pozytywnego wyniku, od dawna taki nie wychodził, więc dlaczego akurat teraz miałby wyjść. 

Jak szybko spojrzałam, tak szybko stanęłam jak wryta i nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy płakać... W końcu udało się, wynik jest pozytywny. Musiałam się podzielić z kimś tą nowiną. Wtajemniczyłam przyjaciółkę, która później była moją przykrywką, kiedy jechałam do lekarza, żeby potwierdzić wynik. Postanowiłam zrobić mężowi niespodziankę. I udało się. Jakież było jego zaskoczenie, jakaż radość ogromna. Dosłownie skakał do góry, a z jego oczu płynęły łzy. Jak zatem utrzymać taką tajemnicą przed naszą pierworodną, która tak bardzo pragnęła rodzeństwa. Nie mogła uwierzyć, że w końcu jej marzenie, bo aż do tego stopnia urosło pragnienie posiadania rodzeństwa, spełnia się. Oczywiście nie mogła utrzymać tego w tajemnicy i podzieliła się nowiną z resztą najbliższej rodziny.

I tak żyje we mnie to nasze nowe, upragnione życie już 23 tygodnie. Rośnie, rozwija się, ale bywało różnie. Na początku były upławy, plamienia, a nawet krwawienia. Później pojawiły się mdłości i ogólne osłabienie. Prawie nie jadłam, ani nie piłam, jedynie spałam. Potem strach przed poważną wada genetyczną. Moje dziecko mogło by się nawet nie urodzić... Później pojawiły się niepokojące diagnozy na temat serduszka mojego dziecka. Na szczęście wszystko to tylko były obawy, nic się nie potwierdziło, maleństwo rozwija się prawidłowo i daje często znać o sobie. 

W między czasie dowiedzieliśmy się, że spodziewamy się synka. Pierworodna będzie miała brata, a my będziemy mieć parkę. Miałam wrażenie, że to wszystko się dzieje jakoś obok mnie, że wszyscy w koło się cieszą bardziej niż ja sama... Moją głowę zaczęły zaprzątać obawy, jak poradzę sobie z wychowywaniem syna? Czy będę umiała podzielić moją miłość i uwagę po równo na dwoje? Przy pierwszej ciąży chciałam syna, dostałam córkę, teraz chyba wolałam córkę, dostałam syna. Mam sprzeczne myśli w głowie. Czy jestem złą mamą? Kocham moją pierworodną nad życie. Kocham też nad życie to moje nowe dziecko, które się we mnie rozwija. Mam tylko takie wątpliwości. Chyba trudniejsze jest oczekiwanie na drugie dziecko. Przed pierwszym pojawia się jedynie lęk przed poprawą obsługą. Wychowanie to dla mnie sprawa intuicyjna, żadna książka tego nie nauczy, poddałam się instynktowi i intuicji i udało się. A przed pojawieniem się na świecie drugiego dziecka, ogarnął mnie lęk przed tym, że nie poradzę sobie z równym podziałem, tak, żeby nie dopuścić w żaden sposób do dyskryminacji któregokolwiek z moich dzieci... Tę dyskryminację, o różnym nasileniu, zauważałam prawie wszędzie... pomiędzy dziećmi, które są już dorosłe, mam też obok siebie rodziców z małymi dziećmi i u nich także daje się zaobserwować różne traktowanie, jakby na różnych poziomach... Boję się tego, jak ognia. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że moje dzieci to będą 2 różne światy, 2 różne płcie, ale to będą moje dzieci. Ja jestem ich punktem wspólnym i nie chcę w jakikolwiek sposób ich poróżniać, czy porównywać. Z całej siły będę się starała każde z moich dzieci tratować tak, jakby każde z nich było jedynakiem.... Czy dobrze tak?